Zrezygnować, zachowując
Już tak mam, że jeśli czegoś nie rozumiem, rzucam się do słownika. Może po prostu ktoś używa słów zbyt nonszalancko. Albo trzyma się znaczeń węższych niż ja. Z takiej semantycznej orgii zawsze wynika jakieś nieporozumienie.
Co prawda nie rozmawiałam z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale ponieważ wypowiedział się ostatnio w liczbie mnogiej i do tego mentorsko, poczułam się adresatką apelu byłego prezydenta. Jestem wrażliwa zarówno na liczbę mnogą, jak i na nauki starszych. Otóż Kwaśniewski powiedział, że „jeżeli chcemy osiągnąć coś więcej, to trzeba w sposób świadomy zrezygnować ze swojej suwerenności, zachowując tożsamość”.
No i zaczęło się. „Suwerenność”, „tożsamość”, „coś więcej”.
Jeśli zrezygnuję z bycia Polką, a bycie Polką rozumiem między innymi jako bycie obywatelką niezależnego kraju, to ponieważ bycie Polką jest elementem mojej tożsamości, rezygnując z polskości, nie zachowam tożsamości.
Inny aspekt mojej tożsamości – chrześcijaństwo – nie pozwala także skorzystać z prawa ketmanu, a więc warunkowego zwolnienia z okazywania kim się jest w sytuacji przymusu lub zagrożenia.
No i refleksja trzecia. Być może kluczowa dla sporu: co to znaczy „coś więcej”.
Bo jeśli nie chcę osiągnąć „czegoś więcej”, to mogę dać sobie spokój z rozważaniami o suwerenności i tożsamości.
Polka, chrześcijanka. Wystarczy.
Dyskusja
Chcesz skomentować? Rozpocznij dyskusję »