Kostas, krowa i muchy
Nie wiem, skąd się to wzięło, że raczej trudno mnie sprowokować. Może uprawianie sportu w młodości? Może jako takie poczucie humoru? Może praca w szkole? Może pragnienie bardziej rozmów poważnych niż niepoważnych? Ale dość już tego blogowego ekshibicjonizmu!
Gdzie jest autorka? – pyta czytelnik, usiłując wywołać mnie do tablicy czy też pod pręgierz. Pod tablicę czy pręgierz jakoś mi się nie spieszy – więc milczę w oczekiwaniu na coś interesującego. Aż tu nagle…
Kostas to ja!
Myśl ta strzelista nie może nie prowokować, a więc prowokuje. Do refleksji, że się tak górnolotnie i dowartościowująco wyrażę.
W poglądach Kostasa rozpoznano poglądy tożsame z moimi. Moje uznano za egzotyczne, unikatowe, rzadkie. Wcześniej zdiagnozowano u mnie trudność komunikowania się ze światem i innymi ludźmi. No i zapewniono, że sama siebie rozumiem świetnie. Ergo? Mnożę siebie, by powiększać małość swych myśli.
Teoria znakomita. Zbrodnia doskonała. Strach opanowany.
Strach, że jest nas więcej: takich Kostasów, takich mnie? Obawa, że jednak istnieje inny świat?
Odkąd przeczytałam, w jaki sposób rzecz ujął poeta Wojciech Wencel, nawet nie usiłuję opisać, jak się czuję: „Jestem tym już trochę zmęczony. Czuję się jak krowa, na której siadają muchy. Muchy nie widzą zachodzącego słońca, w które wpatruje się krowa. Nie dostrzegają metafizycznego horyzontu, który przecież także jest częścią współczesnego świata. Są ślepe, przyciąga je zapach potu. Gryzą”.
Proszę pozwolić Kostasowi zostać Kostasem, mnie krową, a dla siebie wybrać dowolny los.
Dyskusja (liczba komentarzy: 7)
Chcesz skomentować? Przyłącz się do dyskusji »